Okres przygotowań dobiegł końca, a wyjazd opóźnił nam się o około miesiąc, bo Nowy Rok mieliśmy już świętować na Czarnym Lądzie. Teraz stanęliśmy przed wyzwaniem przemierzania Afryki na własną rękę, samotnie we dwoje na przełomie stycznia i lutego. Jak się później okazało wszystko udało się tak jak zaplanowaliśmy i przeżyliśmy wspaniałą przygodę, którą chcemy Wam teraz zrelacjonować.
Największe obawy towarzyszyły właśnie temu, że będziemy sami, jedno auto, a co jak się zepsuje, a co jak gdzieś się zakopiemy w pustkowiu, jak odnajdywać właściwą drogę w tym odległym kraju. Strategia była prosta, przy poważnych problemach z samochodem porzucamy je demontując tablice i zabierając dokumenty. Nasz bagaż ograniczał się do dwóch plecaków, które możemy zawsze zabrać ze sobą.
Jednak w Afryce nigdy nie jesteś sam, zawsze znajdzie się ktoś kto chce pomóc, każdy ma czas i szczerze poświęca go drugiemu człowiekowi.
Reno dzielnie czekało na nas prawie rok czasu, kurząc się i powoli grzęznąc w piaskach parkingu Sukuta Car-Park. Na dwa tygodnie przed przyjazdem auto zostało przywrócone do życia przez Joe, któremu powierzyliśmy wszystkie pojazdy z poprzedniego przejazdu Polska-Gambia. Renata została dokładnie umyta, akumulator został naładowany, a pierwsze próby odpalenia dały oznaki drobnej awarii układu chłodzenia. Został wymieniony termostat i woda w chłodnicy, całością zajął się Joe, abyśmy zastali auto gotowe do podróży.
Przed 20-tą stąpamy już po Czarnym Lądzie i znowu ta znana już nam atmosfera, ciepło przy minusowych temperaturach w Europie, Gambijczycy z okrzykami "change money" oferujących wymianę waluty i my szukając taksówki do oddalonego o kilkanaście kilometrów kempingu, gdzie zaczyna się nasza opowieść.
Wyruszamy spod Banjulu jeszcze przed południem, dzień dzisiejszy to typowa przelotówka na wschód w kierunku miasta Janjanbureh na obrzeża Parku Narodowego Rzeki Gambia.
Jedziemy główną drogą południową Gambii, która ma złą sławę jeśli chodzi o stan jej nawierzchni, obiad zaplanowaliśmy w okolicach miejscowości Soma, oddalonej o około 170km od Banjulu.
Przy zgaszonym silniku nie widać żadnych wycieków, aczkolwiek pokrywa silnika jest mokra od ropy. Odpalenie auta skutkuje małą fontanną z ostatniego wtrysku, gdzie puszczał paliwo ostatni wężyk zaślepiający.
Podniesienie maski w Afryce jest równoznaczne z wołaniem o pomoc i już pierwsza wojskowa ciężarówka zatrzymuje się by sprawdzić co się stało. Dwóch sympatycznych Gambijczyków szybko dostarcza drucik pasujący do wtrysku, a ja mieszam składniki poxyliny. Rozmowa mija nam sympatycznie podczas wysychania kleju i po 15min paliwo porusza się już w obiegu zamkniętym.
Termitiery, to w zasadzie jedyna atrakcja na naszej trasie tego dnia, obiad zjadamy szybko na przedmieściach Somy i robimy drobne zakupy. Droga dalej w kierunku Janjanbureh jest już w dużo lepszym stanie, jedzie się szybko i przyjemnie.
Od miejscowości Kudang zaczyna się nieutwardzona droga, na której mijamy kilka mniejszych wiosek o ciekawych nazwach: Kununku, Tuba Damba, Sambel Kunda.
Ostatnią miejscowością jaką mijamy jest Misira, z której kierujemy się 7km w linii prostej na południe. Jest to najbardziej niepewny odcinek zaplanowanej przez nas trasy na ten dzień, na którego końcu znajduje się miejsce pod nazwą Projekt Ratowania Szympansów i z naszych informacji wynika, że można tutaj również znaleźć nocleg.
Drogę z Misira do miejsca ratowania szympansów udało nam się wypatrzeć na mapach w internecie, najlepszą formą dostania się tutaj jest taksówka wodna po rzece Gambia z Kuntaur. Wychodzimy jednak z założenia, że droga lądowa musi istnieć i być przejezdna, więc próbujemy.
Odcinek tych ostatnich 7km okazał się wymagający dla naszego niskopodwoziowego reno, było dużo nierówności i kilkanaście razy ocieraliśmy się podłogą auta o ziemię. Do tego spora liczba wystających kamieni i rowów po porze deszczowej. Udało nam się dojechać cało i zdrowo, jednak dopiero po zmroku.
Miejsce, do którego dotarliśmy, jest nadzorowane przez Ministerstwo Parków Narodowych i Dzikiej Przyrody Gambii, a managerem całego projektu jest sympatyczny Amerykanin, który również odwiedził w swoim życiu Polskę.
Od niedzieli do środy nie przyjmuje się tutaj gości, w pozostałe dni tygodnia można tu przenocować w jednym z czterech domków na palach położonych nad brzegiem rzeki. Niestety nocleg nie jest tani, bo za domek trzeba zapłacić nieco ponad 100EUR i jest to jednocześnie dotacja na funkcjonowanie tego miejsca, cenę ustalają odgórnie urzędnicy państwowi.
Niestety jest środa wieczór i nikt nie spodziewał się gości, a oficjalne prawo zabrania przenocowania turystów tego dnia. Jednak nasze auto parkujemy obok pick-up'a pod dużą wiatą i śpimy spokojnie w aucie na samym końcu drogi dojazdowej. Mamy nadzieję, że uda nam się spotkać z szympansami po przespanej nocy.