Kamienne kręgi
Po wczesnym śniadaniu w Bird Safari Camp pędzimy do miasta na pierwszy prom, aby przeprawić się na północ. W okolicach Wassu odwiedzamy
miejsce, gdzie od tysięcy lat można podziwiać tajemnicze kamienne kręgi. Popołudnie to już przeprawa graniczna do Senegalu i kilka godzin setek kilometrów w kierunku
oceanu do doliny rzeki Saloum.
Pobudka skoro świt, a w zasadzie to budzą nas odgłosy ptaków co jest zresztą bardzo przyjemne
Krótki spacer na pomost, aby choć jeszcze przez chwilę pobyć z tą przyrodą sam na sam
Na śniadanie omlet z limetką, pieczywo z dżemem i na drogę kiść bananów
Z Janjanbureh jedziemy na północ, więc musimy skorzystać z promu, który kursuje tutaj codziennie i odbija z każdego z brzegów jak
tylko pokład się zapełni.
Wiele ludzi czeka już na pierwszą przeprawę jaka będzie możliwa tego dnia
Stajemy w kolejce jako pierwsi, a za nami powoli ustawiają się kolejne auta
Wszyscy krzątają się po ulicach i miasto z pierwszym sygnałem przypłynięcia promu budzi się do życia
Nasze auto i dwie białe głowy wzbudzają prawdziwe zainteresowanie wśród okolicznych mieszkańców
Prawdziwy dowód na to, że Afryka jest pełna kolorów
Szybko nawiązujemy krótkie znajomości i pokazujemy na aucie mapę naszej trasy i miejsce, z którego pochodzimy
Samo pokonanie rzeki trwa bardzo sprawnie i na drugim brzegu jesteśmy błyskawicznie. Były drobne problemy z wjechaniem
i zjechaniem z promu, bo nasze niskie auto wadziło zderzakami przy najazdach, ale niczego nie udało się uszkodzić. Za 10zł byliśmy już
mobilni na północy Gambii.
Z miasta mieliśmy jakieś 20km do wioski Wassu znanej z obecności na jej obrzeżach kamiennych kręgów, których budowniczych
jak dotąd nie udało się zidentyfikować tak samo jak i funkcji jakie miały pełnić. Wassu słynie również z ogromnego targu jaki odbywa się tutaj w każdy
poniedziałek, a na którym zjawiają się kupcy z odległych terenów Gambii i Senegalu.
Z głównej drogi, dzięki czytelnym znakom, bardzo łatwo trafić pod mury stanowiska archeologicznego Wassu
Jest to miejsce rzadko odwiedzane przez turystów, większość wybiera wizytę w pobliskim Kuntaur i rejsy po Parku Narodowym Rzeki Gambia
Po przestąpieniu murów, starszy jegomość zaprasza nas do muzeum i inkasuje opłatę w wysokości 5zł za osobę, taka jest kolejność odwiedzin
Muzeum mieści się w okrągłej chatce pokrytej blachą falistą, w której centrum przeniesiony jest jeden z kamiennych bloków
Całe miejsce wpisane jest na listę światowego dziedzictwa kultury UNESCO, a muzeum jest przez UNESCO sfinansowane
Wbrew pozorom warto zajrzeć tutaj i poczytać o historii tego miejsca, a szczególnie zaznajomić się z tym co mówią lokalne legendy
Jest tu kilka gablot ze znalezionymi podczas wykopalisk miedzianymi ozdobami, elementami broni i innych przedmiotów
Materiał zebrany na przełomie 1964-65 roku przez angielsko-gambijską Ekspedycję Badania Kamiennych Kręgów
Na jednej z plansz znajdziemy powiązania kamieni z takimi miejscami jak Carnac (Francja), Stonehenge (Anglia) czy Carrigagulla (Irlandia)
To zastanawiające jak te budowle mają tyle wspólnego mimo tak wielkiej odległości jaka je dzieli
Po wizycie w muzeum ruszamy w plener. Na terenie całego obiektu odnajdziemy kilkanaście kamiennych kręgów, których ustawienie
datuje się na VII wiek n.e. Są to najstarsze budowle megalityczne w Afryce subsaharyjskiej i nie prowadzi się tutaj już prac archeologicznych.
Zbliżając się do tych tajemniczych konstrukcji odczuwa się jaką magię tego miejsca
Nie prowadzi się tutaj prac konserwatorskich, a wiele kamieni upada i łamie się i niszczy urok tego terenu
Kręgi składają się z 10 do 25 laterytowych kamieni, czyli osadowej skały złożonej głównie z tlenków żelaza i glinu
Każdy taki blok może dochodzić do wagi nawet dziesięciu ton
Jeden z ostatnich kręgów na ścieżce zwiedzania
Masywne drzewo wyrosło prawie w samym centrum otoczone kamieniami
Cały teren jest ogrodzony, aby m.in. zwierzęta hodowlane nie wyrządzały tutaj niepożądanych szkód
Rzut oka na pastwisko sąsiadujące z obiektem, w oddali zabudowania wioski Wassu
Do dzisiaj nikt nie potrafi odpowiedzieć na pytanie jak ustawiono te potężne skalne głazy
Jeden z mieszkańców, który upodobał sobie cień pod kamieniami
Wielu naukowców wskazuje na związek megalitów z obserwacjami nieba, być może istniał tutaj afrykański oddział badania kosmosu
Monika również koncentruje energię
Wysokość słupów waha się od 1 do 2,5 metra
Kamienie zostały ustawione bez użycia zaprawy i tylko częściowo obrobione
Po kilkudziesięciu minutach opuszczamy to bardzo ciekawe i tajemnicze miejsce
Przy małym straganie tego same człowieka, który zajmuje się kasą, muzeum i całym obiektem, kupujemy wachlarze z liści palmowych
Z Wassu mieliśmy kierować się do Farafenni, gdzie planowaliśmy przekroczyć granicę i wjechać do Senegalu. Zmieniamy plany w ostatniej chwili
i przy jednym z posterunków pytamy o małe przejście graniczne Maka Goui. Policjant kieruje nas na piaszczystą ścieżkę prowadzącą do małej wioski. Nasze auto
znowu pokonuje trudne odcinki gambijskich bezdroży.
Jedziemy niecałą godzinę czasu jedyną drogą jaką mamy przed oczami, po minięciu kilku wiosek tracimy już pewność czy trafimy na
przejście graniczne. W końcu jednak znajdujemy budkę celnika i zaczynają się formalności związane z wjazdem do Senegalu. Przejście graniczne jest
rzadko odwiedzane przez zagranicznych turystów, a celnik był bardzo uczciwy i przyjazny. Bardzo szybko zostaliśmy obsłużeni bez żadnych "podchodów"
o łapówkę i z pozwoleniem poruszania się autem po Senegalu wypisanym na 10dni, co z reguły jest niechętnie wystawiane przez urzędników.
Jednak dalej byliśmy na pustkowiu, a od asfaltu drogi N1 w Senegalu dzielił nas dystans około 30km w linii prostej. Znowu przyszedł
nam na pomoc celnik i dodał nam do auta osobę, która chciała się dostać do pobliskiego miasta Koumpenntoum i znała sieć tutejszych polnych dróg.
Tak oto szczęśliwie dostaliśmy się na senegalski asfalt trasy N1.
Senne miasteczko jakich wiele na ruchliwej trasie wschód-zachód prowadzącej od Dakaru aż po granice z Mali w miasteczku Kidira
W Koumpenntoum nasz autostopowicz poleca nam dobrą restaurację wszak już wybijała pora obiadowa
Posileni ruszamy w kierunku Koalack, przed nami 170km ciągłej jazdy w palącym słońcu bez klimatyzacji. W Koalack
chcemy zatankować i czeka nas kolejne 150km do miejscowości Palmarin nad oceanem, gdzie poszukamy noclegu. Spoglądając na
zegarki wiemy, że nie uda nam się dotrzeć do celu przed zachodem słońca.
Na drodze N1 spotykamy ogromny kontyngent francuskich sił zbrojnych w kierunku Mali, ponad 20min ciągłej mijanki z wozami opancerzonymi
Obrzeża Koalack i już późne popołudnie, czas powrotów ze szkoły
Słodki akcent na stacji benzynowej, osładzamy sobie kolejną część drogi
Grubo po 22-giej docieramy do delty ujścia rzeki Saloum, którą zamieszkują przedstawiciele plemienia Sererów. Zupełnie przypadkowo
trafiliśmy na kemping Djidjack, prowadzony przez sympatycznego starszego Francuza. Mocno zmęczeni decydujemy się na nocleg w domku bungalow
i małą kolację przygotowaną w działającej jeszcze o tej porze restauracji.
Po tak wyczerpującym dniu za kółkiem marzyliśmy tylko o odpoczynku
Zasypiamy od razu po przyłożeniu głowy do poduszki