Delta rzeki Saloum
Dzisiaj nie nastawiliśmy budzików, odrabialiśmy niedobory snu. Po śniadaniu postanowiliśmy dotrzeć na sam koniec półwyspu
do wioski rybackiej Djiffer i tam nasze przygody potrwały aż do popołudnia. Na wieczór odwiedzamy cmentarz na muszelkowej wyspie nieopodal Joal-Fadiout.
Nasza busz-chatka, bo taką nazwę wymyśliliśmy na te konstrukcje
Każdy domek miał kilka talizmanów przyczepionych na ścianie
Sąsiedzi byli praktycznie niezauważalni, kemping zajmował spory obszar, a kilka domków skutecznie oddzielał zawsze kawałek porośniętego terenu
Jedna z atrakcji kempingu, a mianowicie platforma restauracji zbudowana na gałęziach rozłożystego baobabu
Drzewo rosło szeroko i nisko co pozwoliło konstruktorom na wykorzystanie gałęzi jako słupów
Wąskie kładki prowadziły na różne poziomy do stolików pod gołym niebem
Znajdujemy przytulne miejsce i rozsmakowujemy się w śniadaniu, kuchnia podaje tutaj ręcznie robiony dżem z owoców baobabu - przesmaczny
Na całym terenie ogromnych, długowiecznych drzew, symboli Afryki, naliczyć można kilkanaście
Naszą uwagę zwracają również białe puchate kulki na jednym z krzaków
Po raz pierwszy w życiu widzieliśmy jak rośnie i wygląda dojrzały krzak bawełny
Przed każdym wyruszeniem w drogę koniecznie trzeba zajrzeć pod maskę, uzupełnienie oleju i wody to już rytuał. Dodatkowo tego
dnia trzeba zająć się tłumikiem. Po wczorajszych podróżach po dziurach, rura wisiała nam pod podwoziem, jednak szybka reanimacja
pasami rozwiązuje problem do końca wyjazdu.
Moją zmorą było zapominanie zakręcenia korków oleju czy wody, ale żaden się nigdy nie zgubił mimo przejechania nieraz kilku kilometrów
Droga do ostatniej wioski na półwyspie to nieco ponad 10km i do tego jest malowniczo położona nad oceanem, a w swojej ostatniej części
widać rozlewiska rzeki Saloum i mamy wrażenie, że droga biegnie po grobli między słoną a słodką wodą. Po drodze napotkamy tylko jeden posterunek kontrolny,
na którym policjant na plastikowym krzesełku pod drzewem tylko macha ręką na znak, aby jechać dalej.
Szeroka piaszczysta trasa, na której ogromnie się kurzy przy większych prędkościach
Zaraz na obrzeżach wioski spotykamy sympatycznego handlarza drobnymi pamiątkami, który oferuje nam swoje usługi jako przewodnika
po wiosce. Dobijamy targu na kilka pamiątek, a nasz nowo poznany Senegalczyk otrzymuje w prezencie kilka ubranek dla dzieci, które wieziemy ze sobą.
Obdarowany prezentem jegomość mocno angażuje się w naszą wycieczkę i ruszamy na targ rybny, który trwa tutaj niemal bez przerwy, każdego dnia tygodnia.
Kilkoma wąskimi uliczkami kierujemy się w stronę plaży
Djiffer położone jest praktycznie w całości na ogromnej plaży końca półwyspu, który opierał się naporom wpadającej tutaj do oceanu rzeki Saloum.
Wioska jest w całości zamieszkiwana przez Sererów, trzecią co do wielkości grupę etniczną Senegalu, która upodobała sobie tereny nabrzeża od Dakaru aż po rzekę Gambia.
Ludzie trudnią się przede wszystkim rybołówstwem, ale także budują świetne łodzie i dobrze znają się na handlu.
Powoli docieramy do szerokiej części od strony rzeki
Wszędzie rozstawione są konstrukcje przypominające lady sklepowe, blatem jest kilka warstw sieci, na których rozkłada się ryby
Jest południe, więc większość straganów jest pusta, do największych i najważniejszych transakcji dochodzi tutaj nad ranem
Jedna z popularniejszych ryb o nazwie Yet, znana również jako Senegalski Camembert, bo pachnie właśnie jak francuski ser
Większość łódek o tej porze jest wyciągnięta na brzeg
Oczywiście nie sposób pominąć faktu, że cała plaża jak i miejscowość jest strasznie zaśmiecona
Wszędzie unosi się w powietrzu zapach ryb
Spacer po takim targu z dużym aparatem i obiektywem budzi mieszane uczucia lub wręcz sprzeciw wśród lokalnej społeczności. O ile robimy
zdjęcia z daleka nikt nam nie zwraca uwagi, jeżeli zbliżamy się z zamiarem cyknięcia fotki do straganów, to od razu mamy głośne krzyki dookoła "no foto". Udało się
zrobić kilka zdjęć ryb, kiedy tłumaczyłem, że żadna twarz nie trafi do aparatu.
Nie obowiązują tutaj żadne regulacje dotyczące połowów, poławianych gatunków czy ich ilości, każdy sprzedaje w porcie to co akurat złowił
Przy jednym ze straganów nasz przewodnik zaprasza nas na drugie śniadanie. Próbujemy jak smakują "benie", czyli kulki ciasta, podobnego do
naszego ciasta drożdżowego na pączki, ale bez nadzienia, smażone na głębokim oleju palmowym. Do tego "cafe Tuba", czyli mocna, czarna parzona kawa, bardzo słodka. Taki
zestaw dodaje energii i pobudza do pracy, przetestowałem - działa.
Na drugim planie człowiek, który wziął nas pod swoje skrzydła
Ruszamy na pobliską górę, a w zasadzie składowisko odpadów po skorupiakach, z których pozyskuje się mięso
Tony popękanych pancerzy, które w całości stanowią cenną pamiątkę dla zbieraczy muszli
Panorama z muszelkowego wzgórza
Stojąc wysoko próbujemy korzystać z optyki obiektywu i podpatrywać tętniące życie na nabrzeżu
Pomimo skoncentrowania handlu do kilku straganów, w porównaniu z otaczającymi nas pustymi stoiskami, jest bardzo tłoczno
Część rybaków handluje również prosto z łodzi bądź zaraz na piasku przy wodzie
Za naszymi plecami na wzgórzu widok na wioskę
Wiemy również, że niektórzy mężczyźni zajmują się wynajmowaniem pirogi, z którego korzystają młodzi rybacy dorabiający się jeszcze własnej łódki
Nasze kroki kierujemy na pomost, który widać w oddali, tam czeka nas kolejne spotkanie z mieszkańcami delty rzeki Saloum
Osiołki z dwukółkami, to solidna pomoc przy transporcie koszów z rybami do głównej drogi, gdzie trafiają na ciężarówki
Mijamy dziesiątki piróg, z których każda malowana jest ręcznie i podobno w całym Senegalu nie ma dwóch takich samych egzemplarzy
Kolejny zestaw prawdziwego rybaka, piroga oraz osiołek z dwukółką
W trakcie rozmowy z naszym lokalnym przewodnikiem decydujemy się na wycieczkę łodzią w górę rzeki Saloum by zobaczyć
obrzeża Parku Narodowego Delta du Saloum. To tutaj można podziwiać setki hektarów lasów namorzynowych, a w 2011 roku teren 760 km² wspólnego
ujścia rzek Saloum i Sine został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO.
Oczekujemy na pirogę, która zabierze nas do wioski Falia, tam przesiądziemy się w mniejszą pirogę i wpłyniemy w wąskie odnogi rzeki
W palącym słońcu płyniemy około 10km na wschód od Djiffer
Wiele osób może pracować wspólnie na jednej łodzi w trakcie połowów
Z szerokiego miejsca, gdzie rzeka łączy się z oceanem wpływamy do mniejszego dopływu
Przy brzegu możemy podziwiać namorzyny, wiecznie zielone formacje roślinne
Namorzyny powstają na przybrzeżnych płyciznach, w miejscach osłoniętych, a niektóre okoliczne wyspy pokrywają w całości
Jest to bardzo ważny teren ze względu na jego funkcje przyrodnicze, gnieżdżą się tutaj liczne gatunki ptaków, polują drapieżniki oraz chronią się ryby
Docieramy do małego portu wioski rybackiej Falia, której charakterystycznym elementem krajobrazu jest minaret meczetu
Wioska jest typową osadą rybacką, do której można się dostać jedynie drogą morską, nie ma tutaj dróg i samochodów, a pirogi stanowią podstawę transportu.
Znowu mamy okazję przebywać w towarzystwie Sererów i dowiadujemy się co tak naprawdę oznacza nazwa tej grupy etnicznej. Jest kilka znaczeń
jakie przypisuje się słowom "reer" lub "seer reer", pierwsze oznacza "niewłaściwie ulokowani", a drugie "szukający czegoś zagubionego". Jest też tłumaczenie, które wywodzi
się z języka arabskiego, a oznacza "ci którzy praktykują magię". My wiemy jedno, to bardzo sympatyczni, otwarci i przyjaźni ludzie.
Łódka z białymi wzbudza zainteresowanie wśród młodzieży kąpiącej się przy pomoście
Zanim ruszyliśmy w dalszą wodną podróż odbywamy krótki spacer po wiosce, której każdy mieszkaniec związany jest z rzeką i rybołówstwem.
Można zobaczyć jak żyją ludzie na wyspie odciętej od świata, wśród dzikiej przyrody i w połączeniu z naturą.
Zabudowa pokolonialna nie cieszy się popularnością, budynki niszczeją, a ludzie wolą mieszkać w swoich domkach krytych strzechą
Dni upływają tutaj spokojnie, a osada liczy około kilkuset mieszkańców
Ryby suszy się tutaj na podobnych ladach co w porcie Djiffer, to jedyny sposób konserwacji, bo nikt tutaj przecież nie ma lodówki
Zazwyczaj mniejsze ryby wystawia się na słońce w całości na około 3, 4 dni, po takiej obróbce można ją już przechowywać
w cieniu lub transportować. Przed zjedzeniem rybę należy ugotować, wtedy nabiera ona objętości i soczystości i jest gotowa do spożycia.
Jak można przypuszczać zapach roznosi się po całej wiosce
Na wyspie działa również szkoła, a dzieci mają przygotowane prawdziwe, godne pozazdroszczenia boisko piłkarskie
Prąd we wiosce pojawił się od niedawna za sprawą zamontowanych przez Francuzów baterii słonecznych i jest zupełnie za darmo
Na zwiedzaniu zakątków tej osady można spędzić cały dzień, każdy chce nam coś pokazać, woła żeby coś zobaczyć
Tam gdzie namorzyny jest też ogromna obfitość małż, korzenie krzewów są bogato oblepione tymi skorupiakami. Poza tym, że
nadają się do jedzenia, to odgrywają jeszcze ważną rolę w filtrowaniu dużych ilości wody przydennej.
Otwieranie skorupiaków i gromadzenie ich mięsa jest zadaniem kobiet, to one całymi dniami z nożami w dłoniach wydłubują smaczną część ze środka
W kręgu zasiada kilka pokoleń kobiet, które poza wykonywaną pracą dzielą się swoją wiedzą i uświadamiają w wielu tematach młodsze panie
Namorzyny porastają tutaj głównie małże z rodziny ostrygowatych, szczególnie lubiane i pożądane na stołach całego świata, za które płaci się
słone pieniądze we francuskich restauracjach. Tutaj uważa się je za posiłek drugiej kategorii, jak już zabraknie ryb i innych owoców morza, to sięga się po ostrygi.
Babcia z wnuczkiem, który trochę bał się aparatu
My również zabraliśmy się za obieranie i konsumowanie ostryg, tym samym obiad z owoców morza mieliśmy zaliczony
Z portu Falia udaliśmy się na spływ łódką wśród wąskich kanałów rzeki Saloum, gdzie chcieliśmy z bliska zobaczyć prawdziwe lasy namorzynowe.
Niestety zabawy aparatem w porcie i wiosce, aby oswoić ludzi z obiektywem poskutkowały wyładowaniem urządzenia, każdy chciał zobaczyć zdjęcie lub film ze swoim
udziałem, a my nie zabraliśmy dodatkowej baterii.
Co jakiś czas udawało się na chwilę wystartować aparat i zrobić zdjęcie
Była to najbardziej interesująca cześć dnia, gdzie sporo czasu pływaliśmy po spokojnych odnogach Saloum
Można było poczuć się znowu jak na amazońskiej rzece, w wielu miejscach musieliśmy kłaść się w łódce, aby przepłynąć dalej między roślinnością
Na końcu mieliśmy krótki spacer po jednej z namorzynowych wysepek, jak stwierdził nasz przewodnik, cisza i spokój - idealne miejsce do medytacji
Właściciel łódki zabrał swojego syna, który miał za zadanie wybierać wiaderkiem wodę, którą nabierała piroga, dno było nieszczelne
Późnym popołudniem dotarliśmy znowu nad ocean i do naszego auta w Djiffer, otrzymaliśmy jeszcze zaproszenie na świeżą rybkę z grilla od rodziny naszego
przewodnika jednak mieliśmy w planach jeden punkt programu na ten dzień. Pożegnaliśmy rybacką osadę, a w drodze na północ wstąpiliśmy na kemping po dodatkową
baterię do aparatu.
Nasz kolejny cel na wieczór, to muszelkowy cmentarz przy miejscowości Joal-Fadiout oddalonej o około 30km od Djiffer.
Mkniemy bezdrożami, aby jeszcze zwiedzić nekropolię przed zachodem słońca
Udało się szybko dojechać, a wyspa robiła piorunujące wrażenie
Cmentarz jest częścią bliźniaczych miejscowości Joal oraz Fadiout, Joal położone jest na półwyspie, Fadiout zaś na wyspie, a obie połączone
są ze sobą drewnianym mostem pieszym, który stanowi jedyną drogę mieszkańców Fadiout do Joal i na stały ląd, można by powiedzieć, że to taki syjamski bliźniak.
W oddali prawie 0,5km pomost łączący obie miejscowości, jest odpływ więc widać odkryty teren rozlewiska
Wyspa Fadiout jak i wysepka cmentarza są w całości zbudowane z nagromadzonych tu przez stulecia muszli ostryg i małży
Mieszkańcy odznaczają się dużą tolerancją religijną, żyją tu obok siebie wspólnoty muzułmańskie i chrześcijańskie
Znajdziemy tutaj zarówno krzyże jak i nisany (muzułmańskie nagrobki)
Nad całym cmentarzem w najwyższym punkcie ustawiono kilkumetrowy betonowy krzyż
Po poszukiwaniach trafiliśmy na polsko brzmiące imię
Po zmroku ruszamy do Joal poszukać restauracji na kolację
Na kempingu Djidjack spędziliśmy drugą noc, a kolejny dzień zapowiadał się bez atrakcji. Chcieliśmy kierować się na
południowy-wschód Senegalu i dojechać tego dnia do oddalonej o ponad 400km Tambacoundy, jednego z największych miast tamtego regionu, gdzie zaplanowaliśmy nocleg.
Opuszczamy przytulną busz-chatkę i zjadamy ostatnie śniadanie na platformie baobabu
Jeszcze tylko krótki spacer nad ocean, bo do tej pory nie udało nam się odwiedzić plaży przy kempingu
Tutaj nasz kolejny zawód, bo niedaleko przy brzegu były zardzewiałe wraki statków na mieliźnie, a nie było czasu, żeby odbyć do nich spacer
Ruszamy ponownie w kierunku Joal-Fadiout, bo to najkrótsza droga, żeby dostać się do asfaltu
Jest też krótsza trasa bezpośrednio do Fatick, ale prowadzi ciągle przez piaszczyste dukty, a tym samym prędkość spada
Po kilku dniach poruszania się wśród czerwonego pyłu i z dziurami w podłodze wnętrze naszego wciąga tumany pyłów jak odkurzacz
Piękny ogromny baobab przy trasie
Dojeżdżamy do przedmieść Joal-Fadiout
Joal połączone jest już asfaltową drogą z położonym bardziej na północ miastem Mbour
Łącznie obie miejscowości liczą niecałe 40 tys. mieszkańców, więc jest to dość pokaźna aglomeracja jak na afrykańskie warunki
Już przed południem cieszymy się z twardego gruntu pod kołami samochodu
Ludzie bardzo późno zaczynają tutaj pracę, praktycznie najwięcej spraw da się załatwić popołudniową porą
Dzieci można spotkać na każdym kroku
Obserwujemy codzienne życie mieszkańców
I kolejny raz młodzież na poboczu
Restauracja, w której wczoraj wieczorem zjedliśmy kolację, smaczną smażoną rybę z dodatkami
Rozgrywki przy stole piłkarzyków skupiają zawsze dużą widownię
Miasto rozciąga się na przestrzeni ponad 6km przez które prowadzi jedna główna droga
Mamy nadzieję, że nasza "Renata" tak nie skończy
Droga wylotowa na północ, od pobliskiego Mbour dzieli nas 30km, stamtąd już główna trasa N1 na wschód
Budujemy nowy dom, jeszcze jeden nowy dom
Nowy meczet na przedmieściach Mbour, różowy meczet
Znajomy znak i kemping, na którym nocowaliśmy rok temu w trakcie przejazdu z Europy, niestety nie było czasu, aby odwiedzić Jean Paul'a
W czasie drogi krótka przerwa na obiad
Kolejne setki kilometrów i ciągłe zdziwienia jak bezmyślnie i bez braku wyobraźni kierują pozostali uczestnicy ruchu
Do Tambacoundy docieramy grubo po zmroku, nasz namierzony hotel okazuje się być zamknięty lub już kilka lat nieczynny. Na wylocie
z miasta znajdujemy kolejny, który nie oferuje luksusów, ale nadaje się w sam raz na jedną noc, bo rankiem ruszymy już do kraju plemion Basari przy granicy z Gwineą.