Tereny plemion Bassari, Fula, Bedick
Tego dnia chcemy być bliżej ludzi, plemion, tubylców, zapuszczamy się najdalej jak pozwolą na to warunki drogowe w
kierunku Salematy, stolicy plemion Bassari, które zamieszkują te tereny.
Poranek na kempingu Bandafassi
Przytulne wnętrze naszej busz-chatki
Na terenie dużego podwórka mamy do dyspozycji 4 domki oraz dużą wiatę, pod którą serwuje się śniadania i można biesiadować wieczorami
Jeden z synów właścicielki, który się nam przyglądał
Prowadząca kemping z najmłodszą pociechą
Mieliśmy sporo ciuszków dla dzieci, więc część podarowaliśmy tutaj, co poskutkowało zmniejszeniem dystansu do nas i m.in. aparatu
Koleżanka z pobliskiej wioski
Wspólne zdjęcie z trójką urwisów
Bardzo sympatyczna grupka, zawsze uśmiechnięta
Od najmniejszego do największego
Na kempingu uzyskamy wiele cennych informacji o regionie, ale niestety plansze są jedynie w języku francuskim
Kilka dróg pieszych, dzięki którym można odwiedzić wioski plemion Bedick, jest też telefon do przewodnika, który nas poprowadzi
Tereny od Bandafassi po wioskę Ninefecha, to etniczny region plemienia Bedick, za którego stolicę uznaje się osadę Iwol. Jest to
mała grupa etniczna Senegalu, mówiąca swoim dialektem, wyznająca głównie animizm. Przedstawiciele plemion Bedick mają więcej wspólnego z Mali
niż z zamieszkiwanym Senegalem, osiedlili się tutaj uciekając przed skutkami toczącej się wojny w Mali prowadzonej przez Alpha Yaye.
W transporcie wody pomagają już najmłodsze dzieci
Woda oznacza życie i Afrykańczycy dobrze o tym wiedzą, cała ich egzystencja opiera się na dostępie do źródeł tego
bezcennego płynu. Jest potrzebna do gotowania, prania, mycia czy też podlewania roślin w ogródkach. Kobiety przez cały dzień kursują
od studni do swoich domów z wielkimi pojemnikami na głowach. Przeważnie do dyspozycji wioski jest jedna studnia lub rzeka, jeżeli
w porze suchej nie wysycha. Takie miejsce jest zawsze otoczone wielką czcią i ma olbrzymią wartość, to tutaj spotkamy
niestrudzone kobiety Afryki czerpiące ze źródła.
Jedyna studnia wioski Bandafassi
Dbanie o obecność wody w chatach należy do głównych zadań kobiet, mężczyźni nie pomagają w tej kwestii
Ruszamy w kierunku Salematy, którą dzieli od Bandafassi około 70km piaszczystej, czerwonej drogi
Bydło, czyli znak, że w okolicy będzie kolejna wioska
Głównym zwierzęciem hodowlanym jest krowa, w mniejszej ilości można tu spotkać kozy czy drób
Reklama kampanii społecznej przeciwko piratom drogowym, na szerokiej drodze ciężko uderzyć w drzewo, jest to raczej efekt potrącenia zwierzęcia
Niewątpliwie największym atutem tych rejonów Senegalu są malownicze osady
Snopki przygotowane do transportu, które posłużą za pokrycie dachu
Czasami ciężko dostrzec oddalone od drogi busz-chatki, które zlewają się z krajobrazem
O całym regionie mówi się Bassari Land, a do niedawna była to najlepiej strzeżona atrakcja Senegalu, kraina
pełna rdzennej ludności, wzgórz, wodospadów, gdzie życie toczy się niezmiennie od tysięcy lat. Jeszcze kilkanaście lat temu
bardzo rzadko odwiedzali to miejsce turyści, tylko wytrwałym podróżnikom udawało się zobaczyć tą senegalską perełkę.
Z chwilą wybudowania drogi asfaltowej pomiędzy Tambacounda a Kedougou tereny te stały się bardziej
dostępne, chociaż do dzisiaj jest to spore wyzwanie logistyczne, aby bez własnego auta dostać się do tego raju oddalonego
setki kilometrów od np. Dakaru.
Panuje tutaj ogromny spokój, a czas jakby się zatrzymał
Region Bandafassi słynie z wyrabiania plecionych koszy, których używa się niemal do wszystkiego
Znajdujemy się w jedynym górzystym terenie w Senegalu, który oferuje również atrakcyjne trasy turystyczne
dla osób kochających spacery po zielonych wzniesieniach, z których podziwiać można sawannowe niziny i położone tam osady.
Praktycznie na każdym kroku natkniemy się na małe, zgrabnie wyglądające pomieszczenia mieszkalne
Rodzina posiada zazwyczaj kilka chatek, z których każda stanowi oddzielne miejsce na spanie, gotowanie czy przyjmowanie gości
Droga jest bardzo dobrze przygotowana, jest szeroka, równa i można dość szybko jechać samochodem
Łagodne zbocza opadają od wyżyny Futa Dżalon na południu
Naszą uwagę zwracają dziwne grzybki rozsiane na poboczu
Każdy taki twór to zaczątek termitiery
W ogromnym zapyleniu nasze zamki w drzwiach i klapie odmawiają posłuszeństwa, czas na wypsikanie sporej dawki WD40
Podróże na wąskich drogach, wśród ostrych traw i krzewów skutecznie odciskają piętno na warstwie lakieru, ale logo nam się trzyma
Podążając na zachód mijamy klika kanałów i odnóg mniejszych rzek, nad którymi wybudowano betonowe mosty
Kozia rodzina nagle wskakuje przed maskę i z nami przeprawia się przez most
Nie ma tutaj stałych akwenów wody, większość takich zbiorników wysycha w porze suchej
Blisko rzeczek tętni życie, pielęgnowana i obsiana ziemia rodzi skromne plony, ale jest podstawą wyżywienia wielu rodzin
Pranie, zmywanie, kąpiele - wszystko w jednym miejscu
Nad wodą ponownie potwierdza się reguła, że spotkamy tutaj jedynie kobiety i dzieci
Dla maluchów również zostawiamy trochę ubrań i po krótkiej "rozmowie", pokazaniu mapki na aucie, mamy zgodę na zrobienie zdjęć
Z innych rzeczy jakie z pewnością przydają się dzieciom są przybory do pisania
Stado w poszukiwaniu cienia
Na odcinku ostatnich 20km droga nieco się zwęża i biegnie po pagórkach
Kolejne ruchome przeszkody na drodze
Było kilka miejsc, gdzie przydałoby się poruszać autem z napędem 4x4
Na trasie do Salematy mieliśmy też okazję skosztować lokalnego warzywa, idąca poboczem starsza Senegalka
zatrzymała nas, a my myśleliśmy, że chodzi o zwyczajną podwózkę, jednak zostaliśmy obdarowani warzywem podobnym do ziemniaka. Pani
pokazała nam, że mamy to zwyczajnie zjeść no i z pewną nieśmiałością wgryźliśmy się w podarunek. W smaku jak połączenie ziemniaka
i selera, bardzo syte i smaczne o konsystencji już ugotowanego warzywa.
Tak wyglądało nasze drugie śniadanie, którego nazwy nie udało nam się ustalić
Nasz szutrowy trakt coraz bardziej obnażał nierówności i poprzecinany był rowami, pozostałościami po porze deszczowej
Krótka przerwa na sprawdzenie wody w chłodnicy
Powoli przekraczamy tereny zamieszkane przez plemiona Bassari, których stolicą jest Salemata. Bassari to kolejna mała
grupa etniczna, której przedstawiciele to wielkości rzędu od 10 do 30tys. osób. Nie uznają oni oficjalnych granic i żyją zarówno na terenach
południowego Senegalu jak i Gwinei.
Jest to lud prowadzący osiadły tryb życia, nazywani są również farmerami tych terenów. Uprawiają głównie ziemię sadząc na większą skalę ryż, proso,
groszek, które sprzedają do miast oraz inne warzywa na własny użytek.
Powoli zbliżamy się do rozwidlenia, które prowadzi do Salematy i do wioski Etiolo, na której bardziej nam zależy
Po około 2km od skrzyżowania zatrzymujemy auto, bo wystające skały coraz bardziej ocierają nam o podwozie
Zależy nam na wiosce Etiolo, bo z niej można udać się do lasów, gdzie żyją ostatnie na tym terenie szympansy na wolności
Niestety obraną przez nas trasą można dostać się jedynie pieszo do Etiolo, z braku czasu rezygnujemy i ruszamy do Salematy
Domki, uliczki, płotki wszystko wyglądało na bardzo uporządkowane i starannie zaprojektowane
Cegły potrzebne do budowy ścian wyrabia się tutaj ręcznie w formach i suszy na słońcu
Było już trochę o kobietach i ich roli w pielęgnowaniu ogniska domowego, wychowywaniu dzieci i ogólnie pojętemu
dbaniu o wodę, posiłek i higienę, a więc teraz kilka zdań o mężczyznach. Region południa Senegalu, to jak już wspominałem region
górski, a otaczające wioski wysokie masywy skrywają swoje bogactwa i dają pewne możliwości.
Wśród gór działają kopalnie złota i wydobywa się tutaj rudy żelaza. To właśnie tam większość mężczyzn
spędza swoje dni ciężko pracując w trudnych warunkach i z prymitywnymi narzędziami. Pokonują oni niejednokrotnie wiele
kilometrów pieszo lub na rowerze, aby dostać się i wrócić po pracy w górach do domów. Taki jest powód tego, że ciężko
spotkać za dnia wśród wiosek młodych mężczyzn w wieku produktywnym.
Kopalnie zatrudniają większość mężczyzn w regionie Bassari
Wioski wyglądają jak opuszczone kiedy mężowie są w pracy, a żony odbywają swoją kolejną podróż gdzieś po wodę
W dni wolne od pracy na głowie facetów jest też dbanie o dobytek, czyli budowanie i reperowanie domów i dachów
Ciężko w to uwierzyć, ale region Bassari pomimo swoich bogactw naturalnych jest najbiedniejszym rejonem Senegalu.
Firmy i korporacje posiadające licencję na eksploracje złóż szybko bogacą się kosztem nisko opłacanej lokalnej siły roboczej.
Jednak wysoki poziom rozwoju technologii daje coraz mniejsze zatrudnienie w kopalniach, technika wchodzi też
do jaskiń, a wydobycie odbywa się szybciej i z udziałem coraz to nowszych maszyn. Z tego tytułu doszło w rejonie Bassari do buntu
lokalnej społeczności w 2008r. Protestowali oni przeciwko pogłębiającej się biedzie w regionie i coraz niższym zatrudnieniu w przemyśle
wydobywczym. Zamieszki przebiegały bardzo gwałtownie, palono budynki administracji publicznej oraz samochody urzędników i firm
wydobywczych. Zwróciło to uwagę władz, które od tamtego czasu próbują ustabilizować sytuację i stawiają na turystykę.
Elementem krajobrazu wiosek stają się również słupy elektryczne, tutaj też powoli pod strzechy trafia prąd
Po kilku godzinach i zmiany planów z Etiolo na odwiedziny w Salemacie trafiamy do wrót sennego miasteczka
Zostawiamy auto na początku wioski i udajemy się na spacer w poszukiwaniu miejsca na obiad
Tego dnia odbywał się tutaj cotygodniowy targ
W porze suchej uprawia się pola lub pracuje w kopalni, w porze deszczowej ludzie podróżują na północ, do miast, gdzie
sprzedają swoje plony, a za zarobione pieniądze kupują rzeczy potrzebne do domu, ubrania, narzędzia czy też nasiona.
Przy jedynym sklepie prowadzonym przy głównej drodze pytamy o coś do jedzenia i zostajemy zaproszeni na obiad
Na naszym stole ląduje miska z ryżem i ciemnym sosem, które teraz smakują dla nas jak danie w wykwintnej restauracji
Na targu odszukujemy kosze i miski, z których produkcji tak słynie ten region, ceny bardzo umowne i niskie za takie wyroby
Wracając zatrzymujemy się jeszcze na krótką wizytę na przedmieściach Salematy
Niech was nie dziwi brak obecności mieszkańców, nikt nie chce pozować do zdjęć, ale dowolnie możemy fotografować obejścia
Plemiona Bassari, Bedick czy Fula w tym rejonie nie są zachwycone obecnością turystów, preferują pozostanie w niezmienianej przez stulecia izolacji
W takim domku pokrytym strzechą skutecznie ochronimy się przed słońcem, nawet gdy temperatura powietrza osiąga 40st. C
Podczas gdy ja rozmawiam przy samochodzie, Monika z dziećmi zwiedza zabudowania osady
Na posadzonych drzewach w obrębie wioski można zaraz za domem zrywać soczyste owoce
To tutaj pod drzewem rozdajemy kobietom wszystkie ciuchy dla maluchów, które przywieźliśmy ze sobą
Znowu szybko przełamujemy zahamowania do aparatu
Podwieczorek też zjadamy pod drzewem, sympatyczne panie częstują nas orzeszkami ziemnymi
Najmłodsze pokolenie plemienia Bassari, ciekawe jaka rysuje się dla niego przyszłość
O ile dachy jeszcze się tutaj naprawia, o tyle pokruszone ściany to nieopłacalna kwestia, łatwiej jest po prostu postawić nowe
Przedstawione wioski, to osady położone przy drodze Kedougou-Salemata, a to zaledwie ułamek tego co zobaczyć można podróżując pieszo
Zdecydowanie należy zaplanować tutaj przynajmniej kilka dni na kolejne odwiedziny
Opuszczamy kolejną wioskę na trasie
Popołudniem więcej pieszych podróżuje poboczem drogi, a my chętnie zatrzymujemy się by choć na chwilę być znowu bliżej ludzi
Dzieci poczęstowały nas małymi wysuszonymi owocami, które smakowały jak jabłka
Odszukujemy kolejne długopisy i notesiki dla najmłodszych
I znowu nasza rozmowa kończy się na pokazywaniu mapki na samochodzie i tłumaczeniu skąd jesteśmy i dokąd jedziemy
Czasami chciałoby się zaadoptować taką busz-chatkę i pomieszkać jak rdzenni mieszkańcy, bez stresów, rachunków, podatków
I kolejny raz zwierzęta, nierozłącznie pojawiające się w bliskości zamieszkałych nieopodal plemion
Późnym popołudniem zaczynamy naszą drogę powrotną do Kedougou
Na koniec trasy odnoszę wrażenie, że krowy są znacznie bardziej uparte od osiołków, jak nie ominiesz, to z miejsca nic ich nie ruszy
Późnym popołudniem trafiamy do Kedougou i na asfalt, niestety jedyna stacja benzynowa w regionie, która ulokowana jest w mieście
jest już zamknięta, a my mamy w planach wracać do Tambacoundy. Na wskaźniku jest jeszcze 1/4 baku, jednak przed nami ponad 250km do następnej stacji.
Wbrew sobie uspokajam Monikę, że dojedziemy na paliwie które mamy, jednak sam nie daję sobie 100% szans na osiągnięcie celu.
Ruszamy długimi, bezludnymi prostymi asfaltami na północ, wskazówka niepokojąco szybko opada. Jednak dojeżdżamy do miejsca, gdzie
dwa dni temu sprawdzaliśmy stan uczestników wywrotki ciężarówki. Tym razem to oni zatrzymują nasze auto i pytają o wodę, bez wahania odlewamy im
kilka butelek z naszego kanistra w bagażniku. Krótka rozmowa nasuwa myśl, czy aby przypadkiem nie mają trochę paliwa do sprzedania. Panowie szybko
pokazują kilka kanistrów spuszczonej z ciężarówki ropy, transakcja przebiega błyskawicznie, a jej koszt to 1:1 tyle ile my daliśmy im wody, oni nalewają nam
paliwa do baku. Teraz już jesteśmy spokojni o dotarcie do Tambacoundy.
Przewożony towar został zabrany przez inną ciężarówkę, a grupa mężczyzn ciągle mozolnie próbuje postawić auto na koła
Przed zmrokiem nie udaje nam się dotrzeć do stolicy regionu i nocujemy na miłym kempingu na obrzeżach miejscowości Niokolo-Koba w samym
sercu parku narodowego. Do północy czyścimy auto i bagażnik oraz większość naszych rzeczy z czerwonego pyłu, wszystko ląduje pod prysznicem i
wymaga przepierki lub opłukania.
A aparat niedaleko domku naświetlał nam niebo