Powrót nad ocean
Z okolic Niokolo-Koba ruszamy w kierunku Tambacoundy, przed którą odbijamy w drogę N6 prowadzącą na południowy-zachód
w kierunku Ziguinchor. Niestety nie udaje nam się dotrzeć do Ziguinchor jednego dnia, nocujemy w Koldzie co również jest ciekawym przeżyciem
i spotkaniem z tubylcami.
Wczesna pobudka, bo przed nami ponad 500km, które chcemy przejechać w ciągu jednego dnia
Na kempingu jesteśmy sami, obiekt oferuje wiele domków położonych blisko siebie i posiada restaurację
Jeszcze przed 8 rano ruszamy w drogę
Mamy około 100km do przedmieść Tambacoundy, a następnie kolejną setkę do większego miasta Velingara
Droga jest bardzo dobrej jakości, więc szybko pokonujemy kilometry z małymi przerwami na uzupełnienie wody w chłodnicy
Transport wykorzystany do granic możliwości
Około południa docieramy do Velingary, pierwszego dużego miasta w dywizji Kolda
Miasto traktujemy tranzytowo, bez zatrzymywania mkniemy dalej w kierunku Koldy, tam dopiero chcemy zjeść obiad
Znowu proste odcinki i przed nami niecałe 150km do przystanku
Duże, wysoko załadowane ciężarówki to praktycznie jedyne pojazdy jakie mijamy na trasie
Wczesnym popołudniem trafiamy do Koldy, mimo że ostatnie 60km, to jedna z najgorszych dróg w Senegalu, pełen dziur i wyrw wąski asfalt
Docieramy do 60tys. miasta, w którym dużo się dzieje i szukamy miejsca, aby coś zjeść
Przy jednej z głównych ulic odbywa się duży targ
Dość ciężko poruszać się po zatłoczonej ulicy, pełnej ludzi, straganów i innych samochodów
Sprzedawcy są dobrze zaopatrzeni, kupić da się w zasadzie wszystko
Kierujemy się do części miasta, skąd biegnie już droga w kierunku Ziguinchor
Na obrzeżach miasta dostajemy informację, że droga do Ziguinchor jest zamykana od godz. 17 z powodu sytuacji
ekonomiczno-etnicznej. Od roku 1982 trwa tutaj konflikt pomiędzy siłami zbrojnymi Senegalu, a separatystycznym Ruchem Demokratycznym
Sił Casamance walczącym o autonomię i niepodległość rejonu Casamance.
Od kilkudziesięciu lat siły zbrojne nadzorują ten teren, a czas ten przeplatany jest okresami zawieszenia broni lub
atakami na wojskowych. W ostatnich latach znowu nasiliły się ataki wymierzone w mundurowych, którzy aby zapewnić bezpieczeństwo
i nie dopuścić do zamieszek wprowadziły godziny, w trakcie których można poruszać się drogami w regionie Casamance. W internecie
można dokładnie zaznajomić się z genezą konfliktu, której nie chciałby tutaj przytaczać.
Wracamy więc znowu do centrum w poszukiwaniu miejsca na nocleg
W okolicach Koldy swoje źródło ma rzeka Casamance, główny ciek wodny regionu, ciągnący się na długości ponad 300km
Niestety na terenie miasta, rzeka jest traktowana jak śmietnik, ogromne ilości śmieci, folii, opon zalega w korycie rzeki
Mamy wrażenie, że w porze deszczowej woda zabiera ze sobą wszystko, a ludziom wydaje się, że problem śmieci znika samoczynnie
Znalezienie noclegu odkładamy na później, bo żołądki domagają się już posiłków. Naszym miejscem na obiad staje się mały barak
przy drodze, pokryty blachą falistą ze znajomym już nam napisem Fataya. Ten fast-food Senegalu zawsze przywołuje dobre wspomnienia m.in. z naszej ostatniej
wyprawy, gdzie stał się dla nas największym przysmakiem w tym kraju.
W środku zastaliśmy rodzeństwo i swoisty rodzinny biznes przygotowujący najlepsze Fataye w Koldzie
Znowu mamy okazję skosztować dużego pieroga z nadzieniem z cebuli, pomidorów i mięsa
Jesteśmy obecni podczas całego procesu przygotowywania nadziewanych piramidek, od ciasta aż po smażenie na rozgrzanym oleju palmowym
W barze spędzamy ponad godzinę, a młodzi właściciele dobrze mówią po angielsku. To tutaj dowiadujemy się nieco więcej o konflikcie Casamance,
a także dostajemy namiary na sprawdzony hotel, gdzie będziemy mogli przenocować do jutra. Mamy także kilka wskazówek co do jutrzejszej drogi, tubylcy radzą nam
zrezygnować z trasy N6, która jest w opłakanym stanie, a zamiast niej jechać do Diana Ba, a następnie zjechać na południe i wjechać do Ziguinchor.
Do Fatayi koniecznie Ataya, czyli słodka, zielona herbatka, nie pogardziliśmy również zabranie kilku pierożków na wynos do kolacji w hotelu
Miejsce na nocleg znajdujemy blisko lokalnej szkoły, hotel wygląda jak oaza, baseny, palmy i sporo białych turystów
Widok z tarasu na boisko szkoły zaraz za murem
Po krótki spacerze bez aparatu wracamy do pokoju, gdzie zjadamy nasze Fataye i popijamy wodą z torebki foliowej, która smakuje jak z kałuży
Po nocy w hotelu pora ruszać dalej, trasę zmieniamy zgodnie z radami otrzymanymi w barze z pierożkami i ruszamy nad ocean.
Rzeczywiście asfalt okazuje się być w bardzo dobrym stanie
Podczas jednego z krótkich przystanków na sprawdzenie stanu wody nad naszymi głowami sępy
Posterunek kontrolny jakich miniemy kilkadziesiąt na całej trasie
Barykady mają działać jak progi zwalniające auta podjeżdżające do wojskowych na poboczu, zdjęcia robiliśmy ukradkiem
Docieramy do rozlewisk Casamance, znak że Ziguinchor jest już blisko
Wiele ludzi podobnie jak w Gambii korzysta z możliwości jakie niesie ze sobą bliskość rzeki i zajmuje się połowem ryb lub zbieractwem ostryg
Panorama na groblę, która prowadzi wprost do miasta
Nabrzeża Casamance są również w większości porośnięte lasami namorzynowymi
Ludzie handlują tutaj też często rybami, ale w chwili obecnej mały stragan świecił pustkami
Znak ze wskazaniami szlaku turystycznego na rzece w tym rejonie
Długa podróż za kierownicą i wysoka temperatura sprawiają, że wchodzę do wody by choć na chwilę schłodzić nogi
I kolejna mapa ścieżki w górę rzeki
Koniec przerwy na rozprostowanie nóg i ruszamy w miasto
Po obu stronach drogi piękne namorzyny
Wjazd do miasta oznacza przekroczenie mostu i dość uciążliwych policjantów zaraz za nim na punkcie kontrolnym. Na widok
naszego samochodu, zaczyna się procedura sprawdzania dokumentów i szukania możliwości wymuszenia jakiejś łapówki. Są pytania o trójkąt
i gaśnicę, jakieś dziwne podważanie dat na dokumentach, na pytaniach o drobne na herbatkę skończywszy. Udając, że mało co rozumiem przynoszę im
kilka saszetek herbaty, a panowie widząc, że nic się nie da ugrać oddają dokumenty i puszczają nas wolno.
W mieście kierujemy się na drogę wylotową w kierunku Oussouye prowadzącą nad ocean
Na mapach zauważamy, że wjeżdżamy na rondo im. Jana Pawła II z białym gołębiem umieszczonym na skałce w centrum
Skoro już mamy polski akcent, to postanawiamy zaparkować auto i zjeść obiad w pobliskiej restauracji
Znowu sępy, czyżby nas śledziły
W małej restauracji przy rondzie zamawiamy obiad z owoców morza, a prowadząca ją Francuska chwali się mówieniem "kocham cię" po polsku
Na ścianach restauracji małe jaszczurki w poszukiwaniu owadów
Z Ziguinchor ruszamy przez Oussouye do Cap Skirring, a następnie do ostatniej wioski, do której prowadzi utwardzona droga, o nazwie
Diebering, gdzie chcemy poszukać noclegu.
Na trasie z Cap Skirring do Diebering naszą uwagę zwraca dorodny baobab z pięknymi dużymi owocami i zaczynamy próbować
strącać ogromne kule na gałęziach. Nagle pojawia się mały chłopiec, który też nam zaczyna pomagać.
Niestety ze strąceniem owocu nie jest tak łatwo, nasze rzuty patykami w gałęzie nie działają
Bez większego namysłu nasz nowy młody znajomy wspina się na drzewo i odcina dorodne owoce
Na ziemi szybko lądują twarde skorupy, a dwa owoce udało nam się zabrać do Polski
W Diebering trafiamy na małą oberżę z kilkoma pokojami u sympatycznego małżeństwa, gdzie znowu jesteśmy jedynymi gośćmi
Tuż przed zachodem słońca parkujemy auto pod kwitnącymi mangowcami na posesji Stelli i Norber
Na zachód słońca wybieramy się spacerkiem nad ocean bez asysty aparatu, a po powrocie w pokoju zastajemy
nieproszonego gościa, pająka wielkości dłoni. Mówiąc szczerze bałem się w tej sytuacji interweniować, a Norber szybko pozbył się
natręta z rogu naszego pokoju i powiedział, że te pająki nie są niebezpieczne i że to typowy gatunek domowego pająka jak na ich
warunki.
Tak wyglądał ten afrykański stwór, ale i tak Monika nie śpi tej nocy spokojnie ze swoją arachnofobią