Delta rzeki Casamance

Wioska Diebering staje się naszą bazą wypadową na rejony ujścia uchodzącej niedaleko do oceanu rzeki Casamance. Dziś celem jest kolejny raz znalezienie się na wodzie i odwiedzenie niedostępnych wiosek położonych na rozlicznych wyspach. Niestety Diebering nie jest mocno nastawioną na turystów osadą i do tego jeszcze nie ma portu, najbliższy z możliwość pływania po rzece znajduje się w Kachiouane (Kaszuen), do którego postanawiamy się dostać.

Poranek, śpimy pod jednym dachem z właścicielami tego miejsca
Pierwsze promienie słońca padają na wioskę

Od Norber dowiadujemy się, że do Kaszuen nie dostaniemy się naszym samochodem, droga jest mało uczęszczana i nadaje się tylko dla aut z napędem 4x4. Spacer do wioski zajmuje około 3godz., a my szybko podchwycamy pomysł wybrania się tam pieszo, idealna odskocznia od przemieszczania się na siedzeniach samochodu, odległość jaka nas dzieli, to nieco ponad 9km.

Centrum wioski zajmuje ogromne drzewo kapokowe

Ten olbrzymi okaz jest czczony przez wszystkich mieszkańców wioski, a towarzyszy im od niepamiętnych czasów, ludzie pytani o wiek drzewa, mówią, że było tutaj za czasów ich ojców, ojców ich ojców itd. itd. Rzeczywiście jest to gatunek długowieczny i urasta do olbrzymich rozmiarów. Jego włókno jest bardzo lekkie, sprężyste i odporne na działanie wody, wykorzystuje się je do wypełniania materaców lub jako wykładzina, ale również do wypełniania kamizelek ratunkowych, potocznie zwanych właśnie kapokami.

Drzewo nosi również nazwę puchowiec pięciopręcikowy, z powodu swoich dłoniastych liści, dochodzących do długości nawet 20cm
Świnki wałęsają się po wiosce praktycznie na każdym kroku
Dzieci szybko wypatrują nowych przybyszów i na nazwę Kaszuen pokazują nam drogę przez wioskę
Na obrzeżach Diebering mijamy kilka ogrodów, w których kobiety sadzą i zbierają warzywa i owoce
W oddali od rana ludzie krzątają się na polach i zaczynają nosić wodę
Mijamy ciekawe formacje z drzew
Iść ciągle iść w stronę słońca
Rośliny mają tutaj wiele przestrzeni, a ich gałęzie wiją się do słońca jak węże
Piaski na drodze jak na plaży, to pozostałości czasów, kiedy te tereny jeszcze należały do oceanu
Droga zmienia się w ścieżkę między niewysokimi, pokręconymi krzewami
Rozlewisko rzeki, które musieliśmy pokonać, na szczęście woda jedynie do kolan
Cisza i spokój pośród pięknych krajobrazów
Mała przerwa na odpoczynek w cieniu drzewa
Często można było zauważyć palmy - pozostałości po niegdysiejszej plaży
Im dalej od oceanu tym krajobraz zmienia się nam na bardziej sawannowy
Rośliny w mocnym uścisku
Zaczynamy się zastanawiać, czy zaraz nie zainteresują się nami jakieś drapieżniki
Coraz więcej trawiastych formacji, kępy sucholubnych traw potrafią dochodzić nawet do 5m
W porze suchej panuje bezchmurna, słoneczna pogoda i jest bardzo gorąco, po takim spacerze spiekliśmy wszystkie odkryte części ciała
Kolejna przerwa na odpoczynek i napicie się wody
Po 3godz. naszym oczom ukazuje się panorama Kaszuen
Droga prowadzi wprost na boisko i budynki małej szkoły

Chwilę spędzamy przy szkole, niestety dzieci wyraźnie nie życzyły sobie zdjęć, ale chętnie doprowadziły nas do baru nad rzeką, gdzie można wykupić rejs po rzece Casamance.

Kolejny raz jesteśmy jedynymi gości w malowniczej zatoczki przy wiosce
Uzupełniamy płyny, a właściciel proponuje nam obiad na wyspie Karaban i opłynięcie całości, ciągle powtarza, że odbędziemy "Tour de Caraban"
Stół wykonany z pnia kapoka, ciężki, piękny i prosty w wykonaniu
Restauracyjka nad brzegiem gości głównie turystów przypływających tutaj z oddalonej nieopodal Elinkine
Ustalamy cenę za podróże łódką na resztę dnia, w kwocie około 200zł będziemy podróżować do popołudnia
Pora wejść na pokład
Odbijamy od brzegu, ale nie na długo, okazuje się, że kilkaset metrów dalej kapitan musi uzupełnić paliwo
W niedalekiej przystani nazwanej przez nas "U doktora Jacqu'a" ładujemy kanister z paliwem na pokład
Teraz możemy ruszać w nasz Tour de Caraban
Swoją drogą Jacque bardzo przytulnie żyje sobie w malowniczym domku na brzegu rzeki
Trzymając się blisko brzegu znowu podziwiamy znajome już nam namorzyny
Można spotkać również wiele domków rybaków przy brzegu
Plaże powoli znikają ustępując miejsca korzeniom lasów namorzynowych
Z całej długości ponad 300km rzeki tylko 1/3 nadaje się do żeglugi
Gospodarka Casamance w dużej mierze opiera się na rolnictwie, głównie uprawie ryżu, dla którego rzeka stanowi cenne źródło nawadniania
Od Kaszuen płyniemy na wschód, a następnie na północ do dużego portu w zatoce Karaban
Wyspę w całości porasta las namorzynowy, a jedynie na obrzeżach zlokalizowane są wioski i kilka małych portów
Karaban jest też ważnym siedliskiem ptaków i celem ekspedycji ornitologicznych z całego świata
Na horyzoncie dostrzegamy powoli zarysy portu Karaban

Od początku czasów kolonialnych z racji swojego położenia wsypa była ważnym posterunkiem handlowym, to właśnie francuscy kolonizatorzy rozbudowali port oraz postawili większość budowli w tym m.in. kościół.

Biali na wyspie pojawili się w XVIw. jednak z powodu komarów i much szybko przenieśli swoje interesy do nieco bardziej oddalonego Ziguinchor nazywając to miejsce wyspą komarów. Dopiero na początku XIXw. Francuzi przejęli wyspę i zagościli tutaj na dłużej.

Port swój renesans przeżywał za czasów kolonii francuskiej, gdzie wiele statków zawijało tutaj przed wyjściem na Atlantyk
Dobijamy do brzegu, by nieco przyjrzeć się życiu na wyspie

Nazwa Caraban ma kilka znaczeń, w języku Wolof oznacza "Ci którzy mają wiele do powiedzenia", z kolei idąc tropem języka portugalskiego doszukamy się określenia "tam gdzie kończą się domy". Wśród Francuzów funkcjonowało swego czasu powiedzenie "ten który wybiera się na wyspę musi odznaczać się dużą cierpliwością" co bardziej odnosiło się do początków kolonizacji tego miejsca. W XIXw. podróż z Dakaru na wyspę trwała ponad 24h łodzią przy sprzyjających wiatrach i pogodzie.

Po niecałej godzinie schodzimy na ląd, a nasz przewodnik zabiera nas podobno do najlepszej knajpy na wyspie pod nazwą "Barracuda"
Zimne piwko oraz przepysznie przyrządzona barracuda lądują na naszym stole, restauracja oferuje szeroką gamę ryb i owoców morza

Po obiadzie mamy okazję posłuchać kilku utworów odegranych na akontingu, czyli tradycyjnym instrumencie strunowym, podobnym do gitary banjo. Ten ciekawie brzmiący instrument budowany jest z dużej tykwy pokrytej krowią skórą, która stanowi pudło rezonansowe, a do niej przymocowany jest mostek. Instrument ma zazwyczaj 5 strun wykonywanych obecnie najczęściej z żyłki. Utwory opierają się na cyklicznym powtarzaniu tych samych akordów.

Na filmie udało nam się również zarejestrować cały utwór, a tradycja używania akontingu niestety powoli zanika
Barracuda słynie również z organizowania połowów dla spragnionych wrażeń turystów, zapewnia przy tym sprzęt przewodników i łodzie
Odbijamy od brzegów Karaban i kierujemy się na północ, gdzie po drugiej stronie rzeki mieści się osada Diogue
Jest to najbliżej oceanu wysunięta wioska u ujścia rzeki Casamance
Niedaleko znajduje się baza wojskowa, przez urzędników zostaliśmy zatrzymani z powodu robienia zdjęć bazy, skończyło się na upomnieniu
Diogue to typowa miejscowość rybacka, odcięta od stałego lądu
W powietrzu unosi się zapach ryb, na brzegu można zauważyć sieci, boje i rybackie chaty
Nasz przewodnik oferuje nam oprowadzenie nas po tej osadzie
Plaża jest centrum i jednocześnie ofiarą rybackiego procederu, ogromne ilości śmieci, części sieci i kawałki ryb
Chrześcijański akcent
Tubylcy trudnią się również budową pirog, tutaj dwie nowe gotowe łodzie
Poławia się tutaj głównie ryby z rodziny okoniokształtnych, barracudy ale również krewetki, kraby i drobne mięczaki
Nasi młodzi towarzysze po wyspie
Ludzie nie życzą sobie robienia zdjęć, więc możemy fotografować jedynie z daleka
Po złowieniu to kobiety zajmują się dalszą obróbką ryb
W 2008r. zelektryfikowano pobliską wyspę Karaban, jednak okoliczne wioski nie mają prądu do dzisiaj
W tym regionie ciągle poluje się tradycyjnymi metodami, które są mniej stresujące dla zwierząt i mniej szkodliwe dla przyrody
Odpływamy w kierunku Atlantyku, gdzie czeka na nas kolejna atrakcja

Brak turystów oraz niedostępność tych terenów przez stulecia doprowadziły do tak ogromnej bioróżnorodności. Na te tereny powróciły manaty afrykańskie, krokodyle nilowe czy delfiny butlonose. Tych ostatnich na początku tego wieku zaczęło pojawiać się tutaj coraz więcej i rzeczywiście, jeśli wypłynie się bliżej Atlantyku można je obserwować niemal bez przerwy.

Jeden z grzbietów delfina zarejestrowany na filmie, potem schowaliśmy aparat i cieszyliśmy się widokami tych zwierząt wyłaniającymi się z wody

Po wizycie na Atlantyku znowu wracamy na południe do małej zatoczki Kaszuen. Na miejscu postanawiamy poszukać rybaka, który codziennie wieczorem wraca prawie pod samą wioskę Diebering płynąc sobie tylko znanymi małymi kanałami. Namiary mamy od Norber, na którego również mamy się powołać w rozmowie z Mourisem, aby załatwić sobie transfer i uniknąć spaceru powrotnego po zmroku na sawannie.

Krążymy po kilku domkach w poszukiwaniu Mourisa, w końcu dzieci rozumieją nasze pytania i postanawia nas zabrać za wioskę, gdzie on poławia
Ruszamy gęsiego nieco na południe wioski trzymając się brzegu rzeki

Kilkanaście minut spaceru doprowadza nas do prowizorycznej chatki rybackiej, która jest bazą starszego, sympatycznego Mourisa. Z nim uzgadniamy potrzebę powrotu do Diebering, rybak każe nam czekać, aż skończy swoje codzienne zajęcia, więc mamy prawie godzinę czasu wolnego nad brzegiem rzeki.

Łódka Mourisa w tle, a my zaczynamy włóczyć się po małej plaży
Tuż przy brzegu ogromna ilość krabów szybko przemieszcza się po płytkiej wodzie
Zwierzęta mają swoje norki w piasku, do których bardzo szybko się chowają w razie zagrożenia
I kolejny skorupiak, tym razem krab pustelnik ze znalezioną muszlą
Istna lekcja biologii na wybrzeżu, tym razem postanawiamy nieco bliżej przyjrzeć się namorzynom
Można zobaczyć jak ostrygi oblepiają korzenie tych roślin
Mouris dał znak gotowości i wraz z jego podopiecznymi, którzy uczyli się od niego rybackiego fachu, zaczęliśmy przesuwać łódkę na wodę
Skrzynka ryb złowiona tego dnia również podróżowała z nami do Diebering
W piątkę wsiadamy do pirogi, a Mourise odpala silnik i powoli suniemy po wąskich kanałach Casamance
Początkowo płyniemy w górę rzeki, aby przy pierwszym zakolu ostro skręcić w prawo i kierować się na zachód
Rzeka w odnogach coraz bardziej się zwęża, a okolica to gęste lasy namorzynowe bez możliwości zejścia na ląd
Słońce powoli zachodzi na horyzoncie
Docieramy do końca kanału
Na ostatnich metrach, śrubę silnika trzeba podnieść i podepchnąć łódkę na płyciznę
Na brzeg dostajemy się przez wodę i do Diebering dzieli nas z tego miejsca ok 2km marszu
Ruszamy wszyscy dobrze wydeptaną ścieżką w kierunku wioski
I kolejny raz te piękne, zagadkowo rosnące, rozłożyste drzewa
Ślady życia - znak, że docieramy do osady

Jednak to jeszcze nie koniec naszych przygód tego dnia, bowiem na obrzeżach Diebering spotykamy starszego jegomościa instalującego dziwne butelki w koronach palm. Zapytany o wyjaśnienie nam tego zachowania Mouris postanowił nam pokazać o co chodzi.

Drzewa palmy oliwnej są ważnym elementem zainteresowań lokalnej ludności, z jednej strony jest to tak ważny produkt jak olej palmowy, a z drugiej strony tak porządany napój jak wino palmowe. Oba dary od tej rośliny są niezwykle cenne i popularne. Wino palmowe jest niczym innym jak sokiem roślinnym pozyskiwanym poprzez nacięcie łodyg u ich podstawy, zrobienie lejku z liści i oczekiwaniu na kapiący kropla po kropli cenny napój.

Całym procederem trudnią się wyłącznie mężczyźni

Wino palmowe tak naprawdę nie jest winem w znaczeniu fermentacji owoców, bo tutaj mamy do czynienia z fermentującym sokiem roślinnym dlatego spotkamy się również z określeniami palm drink zamiast palm wine. Zebrany sok w takich warunkach fermentuje w ciągu jednego dnia, więc zebrany rano jest wieczorem gotowy do spożycia.

Mężczyzna na podtrzymującym go pasie z liści i traw, wspina się na szczyt, zlewa soki i nacina kolejne miejsca instalując butelki
Na obrzeżach wioski, na jakimś dziwnym śmietniku z butelek, kosztujemy palmowego drinka z przeciętej plastikowej butelki

W lokalnym języku napój określa się mianem bounouk, a język plemion Jola bardzo często nawiązuje do popularyzacji tego trunku. Przedstawiciele tego plemienia prosząc gościa żeby usiadł często używają zdania "usiądź, jak będziesz siedział bounouk nie będzie się rozlewał".

Palmowy alkohol jest bardzo słaby i pije się go na co dzień, często w dużych ilościach, w smaku przypomina ciepły szampan i pachnie jak woda z ogórków kiszonych. Pomimo tego, że Islam zabrania konsumpcji sfermentowanego soku palmy, to jest on zawsze obecny na karnawałach, weselach i licznych obrzędach.

Razem z Mourisem obalamy 0,5l
Żegnamy się z tym sympatycznym kapitanem, który wpadnie jeszcze wieczorem na kemping do Norber na pogaduchy

Po zmroku, długim i intensywnym dniu połączonym z marszem ponad 11km jesteśmy wykończeni, a wino palmowe dodatkowo wzmaga sen. Kolejną noc spędzamy na kempingu Diebering, ale ta noc okazuje się być najkoszmarniejszą nocą naszej całej wyprawy.

Około 4 nad ranem Monikę obudził ostry zapach w pokoju i szelesty, po zapaleniu światła obok naszego łóżka stał młody, chudy chłopak z naszym plecakiem w ręku. Cała sytuacja trwała kilka sekund i po krzykach i próbie schwytania młodzieńca ten szybko wyskoczył przez małe otwarte okienko w ścianie pokoju. Udało mi się jedynie wybiec przed dom i krzyczeć "passports, passports, please" i po naszym najważniejszym plecaku nie było śladu, a tam właśnie paszporty, dokumenty samochodu, pozwolenia, gps, pieniądze, słowem wszystko co zabraliśmy poprzedniego dnia ze sobą.

Budzimy Norber i ruszamy z latarkami do wioski, aby odciąć złodziejowi drogę, niestety po pół godzinie biegania między chatkami nie udaje się nikogo złapać, postanawiamy poczekać do rana i wezwać policję. Jednak los nam sprzyjał, po powrocie na kemping okazało się, że ktoś był i rzucił pod drzwi nasz plecak. Wszystko się znalazło poza pieniędzmi, złodziej przeszukał plecak w krzakach i zwrócił go bez saszetki z lokalną walutą. Straciliśmy równowartość 300zł, która jest tamtejszą pensją miesięczną, a dla nas większym problemem byłoby odzyskanie dokumentów zwłaszcza, że za kilka dni wylot.

Okienko przy naszym łóżku przez które wskoczył i uciekł młodociany złodziej i przestroga, aby wszystko szczelnie domykać

Jest sobota, a wczoraj ustaliliśmy z Norber, że podrzucimy go z żoną i córką do Ziguinchor. Po śniadaniu wszyscy wsiadamy do auta, a za kierownicą ląduje Monika, bo Stella z dzieckiem nie chce jechać z przodu kiedy ja kieruje. Z tyłu mamy niewygodne miejsce na materacu, gdzie usadawiam się ja z Norber i ruszamy w drogę. W Ziguinchor rozstajemy się przy rondzie Jana Pawła II, a Norber zaprasza nas jeszcze na zimny sok z hibiskusa i nasza wspólna przygoda się kończy.

Z Ziguinchor ruszamy do oddalonego o 100km Abene, położonej nad oceanem naszej ostatniej przystani w Senegalu...