Wioska Diebering staje się naszą bazą wypadową na rejony ujścia uchodzącej niedaleko do oceanu rzeki Casamance. Dziś celem jest kolejny raz znalezienie się na wodzie i odwiedzenie niedostępnych wiosek położonych na rozlicznych wyspach. Niestety Diebering nie jest mocno nastawioną na turystów osadą i do tego jeszcze nie ma portu, najbliższy z możliwość pływania po rzece znajduje się w Kachiouane (Kaszuen), do którego postanawiamy się dostać.
Od Norber dowiadujemy się, że do Kaszuen nie dostaniemy się naszym samochodem, droga jest mało uczęszczana i nadaje się tylko dla aut z napędem 4x4. Spacer do wioski zajmuje około 3godz., a my szybko podchwycamy pomysł wybrania się tam pieszo, idealna odskocznia od przemieszczania się na siedzeniach samochodu, odległość jaka nas dzieli, to nieco ponad 9km.
Ten olbrzymi okaz jest czczony przez wszystkich mieszkańców wioski, a towarzyszy im od niepamiętnych czasów, ludzie pytani o wiek drzewa, mówią, że było tutaj za czasów ich ojców, ojców ich ojców itd. itd. Rzeczywiście jest to gatunek długowieczny i urasta do olbrzymich rozmiarów. Jego włókno jest bardzo lekkie, sprężyste i odporne na działanie wody, wykorzystuje się je do wypełniania materaców lub jako wykładzina, ale również do wypełniania kamizelek ratunkowych, potocznie zwanych właśnie kapokami.
Chwilę spędzamy przy szkole, niestety dzieci wyraźnie nie życzyły sobie zdjęć, ale chętnie doprowadziły nas do baru nad rzeką, gdzie można wykupić rejs po rzece Casamance.
Od początku czasów kolonialnych z racji swojego położenia wsypa była ważnym posterunkiem handlowym, to właśnie francuscy kolonizatorzy rozbudowali port oraz postawili większość budowli w tym m.in. kościół.
Biali na wyspie pojawili się w XVIw. jednak z powodu komarów i much szybko przenieśli swoje interesy do nieco bardziej oddalonego Ziguinchor nazywając to miejsce wyspą komarów. Dopiero na początku XIXw. Francuzi przejęli wyspę i zagościli tutaj na dłużej.
Nazwa Caraban ma kilka znaczeń, w języku Wolof oznacza "Ci którzy mają wiele do powiedzenia", z kolei idąc tropem języka portugalskiego doszukamy się określenia "tam gdzie kończą się domy". Wśród Francuzów funkcjonowało swego czasu powiedzenie "ten który wybiera się na wyspę musi odznaczać się dużą cierpliwością" co bardziej odnosiło się do początków kolonizacji tego miejsca. W XIXw. podróż z Dakaru na wyspę trwała ponad 24h łodzią przy sprzyjających wiatrach i pogodzie.
Po obiadzie mamy okazję posłuchać kilku utworów odegranych na akontingu, czyli tradycyjnym instrumencie strunowym, podobnym do gitary banjo. Ten ciekawie brzmiący instrument budowany jest z dużej tykwy pokrytej krowią skórą, która stanowi pudło rezonansowe, a do niej przymocowany jest mostek. Instrument ma zazwyczaj 5 strun wykonywanych obecnie najczęściej z żyłki. Utwory opierają się na cyklicznym powtarzaniu tych samych akordów.
Brak turystów oraz niedostępność tych terenów przez stulecia doprowadziły do tak ogromnej bioróżnorodności. Na te tereny powróciły manaty afrykańskie, krokodyle nilowe czy delfiny butlonose. Tych ostatnich na początku tego wieku zaczęło pojawiać się tutaj coraz więcej i rzeczywiście, jeśli wypłynie się bliżej Atlantyku można je obserwować niemal bez przerwy.
Po wizycie na Atlantyku znowu wracamy na południe do małej zatoczki Kaszuen. Na miejscu postanawiamy poszukać rybaka, który codziennie wieczorem wraca prawie pod samą wioskę Diebering płynąc sobie tylko znanymi małymi kanałami. Namiary mamy od Norber, na którego również mamy się powołać w rozmowie z Mourisem, aby załatwić sobie transfer i uniknąć spaceru powrotnego po zmroku na sawannie.
Kilkanaście minut spaceru doprowadza nas do prowizorycznej chatki rybackiej, która jest bazą starszego, sympatycznego Mourisa. Z nim uzgadniamy potrzebę powrotu do Diebering, rybak każe nam czekać, aż skończy swoje codzienne zajęcia, więc mamy prawie godzinę czasu wolnego nad brzegiem rzeki.
Jednak to jeszcze nie koniec naszych przygód tego dnia, bowiem na obrzeżach Diebering spotykamy starszego jegomościa instalującego dziwne butelki w koronach palm. Zapytany o wyjaśnienie nam tego zachowania Mouris postanowił nam pokazać o co chodzi.
Drzewa palmy oliwnej są ważnym elementem zainteresowań lokalnej ludności, z jednej strony jest to tak ważny produkt jak olej palmowy, a z drugiej strony tak porządany napój jak wino palmowe. Oba dary od tej rośliny są niezwykle cenne i popularne. Wino palmowe jest niczym innym jak sokiem roślinnym pozyskiwanym poprzez nacięcie łodyg u ich podstawy, zrobienie lejku z liści i oczekiwaniu na kapiący kropla po kropli cenny napój.
Wino palmowe tak naprawdę nie jest winem w znaczeniu fermentacji owoców, bo tutaj mamy do czynienia z fermentującym sokiem roślinnym dlatego spotkamy się również z określeniami palm drink zamiast palm wine. Zebrany sok w takich warunkach fermentuje w ciągu jednego dnia, więc zebrany rano jest wieczorem gotowy do spożycia.
W lokalnym języku napój określa się mianem bounouk, a język plemion Jola bardzo często nawiązuje do popularyzacji tego trunku. Przedstawiciele tego plemienia prosząc gościa żeby usiadł często używają zdania "usiądź, jak będziesz siedział bounouk nie będzie się rozlewał".
Palmowy alkohol jest bardzo słaby i pije się go na co dzień, często w dużych ilościach, w smaku przypomina ciepły szampan i pachnie jak woda z ogórków kiszonych. Pomimo tego, że Islam zabrania konsumpcji sfermentowanego soku palmy, to jest on zawsze obecny na karnawałach, weselach i licznych obrzędach.
Po zmroku, długim i intensywnym dniu połączonym z marszem ponad 11km jesteśmy wykończeni, a wino palmowe dodatkowo wzmaga sen. Kolejną noc spędzamy na kempingu Diebering, ale ta noc okazuje się być najkoszmarniejszą nocą naszej całej wyprawy.
Około 4 nad ranem Monikę obudził ostry zapach w pokoju i szelesty, po zapaleniu światła obok naszego łóżka stał młody, chudy chłopak z naszym plecakiem w ręku. Cała sytuacja trwała kilka sekund i po krzykach i próbie schwytania młodzieńca ten szybko wyskoczył przez małe otwarte okienko w ścianie pokoju. Udało mi się jedynie wybiec przed dom i krzyczeć "passports, passports, please" i po naszym najważniejszym plecaku nie było śladu, a tam właśnie paszporty, dokumenty samochodu, pozwolenia, gps, pieniądze, słowem wszystko co zabraliśmy poprzedniego dnia ze sobą.
Budzimy Norber i ruszamy z latarkami do wioski, aby odciąć złodziejowi drogę, niestety po pół godzinie biegania między chatkami nie udaje się nikogo złapać, postanawiamy poczekać do rana i wezwać policję. Jednak los nam sprzyjał, po powrocie na kemping okazało się, że ktoś był i rzucił pod drzwi nasz plecak. Wszystko się znalazło poza pieniędzmi, złodziej przeszukał plecak w krzakach i zwrócił go bez saszetki z lokalną walutą. Straciliśmy równowartość 300zł, która jest tamtejszą pensją miesięczną, a dla nas większym problemem byłoby odzyskanie dokumentów zwłaszcza, że za kilka dni wylot.
Jest sobota, a wczoraj ustaliliśmy z Norber, że podrzucimy go z żoną i córką do Ziguinchor. Po śniadaniu wszyscy wsiadamy do auta, a za kierownicą ląduje Monika, bo Stella z dzieckiem nie chce jechać z przodu kiedy ja kieruje. Z tyłu mamy niewygodne miejsce na materacu, gdzie usadawiam się ja z Norber i ruszamy w drogę. W Ziguinchor rozstajemy się przy rondzie Jana Pawła II, a Norber zaprasza nas jeszcze na zimny sok z hibiskusa i nasza wspólna przygoda się kończy.
Z Ziguinchor ruszamy do oddalonego o 100km Abene, położonej nad oceanem naszej ostatniej przystani w Senegalu...