Po śniadaniu i krótkim spacerze po plaży Abene żegnamy się z Senegalem i ponownie wracamy do Gambii. Jednak podczas tych dwóch ostatnich dni doświadczamy chyba największych emocji i zetknięcia z kulturą plemion Afryki Zachodniej na festiwalu kultury etnicznej w Kartong.
Abene jest małą wioską na północy regionu Casamance, która jeszcze dość słabo odkryta jest przez turystów, odwiedzają ją miłośnicy ptaków, bębnów i spokojnych, niezaludnionych plaż. Większość mieszkańców mówi tutaj również świetnie w języku angielskim z uwagi na bliskość Gambii.
Osada słynie również z "Abene-Festivalo", czyli festiwalu bębniarzy, który odbywa się tutaj w okresie świąt Bożego Narodzenia i trwa 10 dni aż do sylwestra. Na ten czas ściągają tutaj grupy i bębniący artyści z wielu regionów Senegalu i Gambii. Abene to również mekka producentów bębnów, których można tutaj spotkać na każdym kroku, dostaniemy tutaj każdy rodzaj dudniącego instrumentu.
Ruszamy na przejście graniczne z Gambią w miejscowości Dimbaya oddalonej o około 40km od Abene, więc po niecałej godzinie spokojnej jazdy zjawiamy się u celników. Wjazd do Gambii to znowu przyjemny i bezproblemowy czas spędzony na granicy. Do urzędników podjeżdżamy "z marszu", po stronie Senegalu nikt nie zagląda nam do bagażnika i po oddaniu dokumentów za samochód opuszczamy ten kraj.
U gambijskich władz jest jeszcze lepiej, po pokazaniu polskich paszportów byliśmy już jak w domu. Celnicy pokazali nam mapę i podarunki od naszych ekip, które były tutaj na początku roku, my również przekazaliśmy kolejne polskie i wrocławskie akcenty. Nikt nam nie sprawdzał samochodu i po miłej rozmowie i szczerych uściskach dłoni mknęliśmy już po drogach Gambii.
Na przedmieściach położonej nad oceanem wioski Gunjur szukamy zaznaczonego w przewodniku kempingu Footsteps, jednak z głównej drogi ani śladu znaków, które choć odrobinę naprowadziłyby nas na cel. Również ciężko współpracuje się nam z lokalną społecznością, od której dostajemy sprzeczne informacje.
Po dotarciu nieco bardziej na południe w kierunku Kartong znajdujemy dobrze oznakowany dojazd do kempingu Nemasu, w którym zostajemy na kolejne dwa dni.
Nemasu jest stosunkowo nowym miejscem na turystycznej mapie Gambii, które prowadzi sympatyczny Australijczyk w średnim wieku imieniem Greg. Z jego historii wiemy, że wcześniej było to kilka domków dla turystów, które strawił pożar, a on wykupił ten teren i odbudował.
Znajdziemy tu świetną kuchnię z tradycyjnymi daniami Gambii i Senegalu i niewygórowane ceny. Do tego świetnie zaopatrzony bar z mnóstwem drinków autorstwa Grega, z których np. Baobab Colada skosztujemy chyba tylko tutaj i z doświadczenia wiem, że sok z baobabu idealnie komponuje się z alkoholem:)
Po godzinie spokojnego spaceru docieramy do portu Gunjur i mamy kolejną okazje podziwiać pirogi lokalnych rybaków oraz piękny zachód słońca nad oceanem.
Po zmroku wracamy na kemping i tutaj czeka nas kolejna niespodzianka. Sympatyczny kucharz Bakary, który poznawszy moje imię "Bartek", stwierdził, że to praktycznie te same imiona i od tego momentu byłem już w jego słowach "my brother".
Jest niedzielny wieczór, a Bakary zaproponował nam wizytę w Kartong, gdzie trwa ostatni dzień lokalnego festiwalu, zorganizowanego przez tamtejszą szkołę. Nie trzeba było nas przekonywać, że to świetny sposób na poznanie nowych ludzi i zetknięcie z rdzenną kulturą. Wsiadamy razem w auto i Bakary, który kazał na siebie mówić Bax, staje się naszym tłumaczem i przewodnikiem.
Po krótkim koncercie coś dla prawdziwych mężczyzn, czyli afrykański wrestling, który jest sportem narodowym Senegalu i Gambii. Jest to bardzo widowiskowy rodzaj współzawodnictwa w formie zapasów, w której walka odbywa się przez stosowanie chwytów w stylu wolnym, czyli można chwytać przeciwnika powyżej pasa i za nogi.
Tradycje zapaśniczych pojedynków pochodzą od plemienia Serer, dla których była to ceremonia inicjacji, wejścia młodych chłopców w dorosłość, oraz potem stała się jedną z form szkolenia plemiennych wojowników. Słowo Njom lub Jom używane do określenia takich walk oznacza w tłumaczeniu "serce i honor", ale przypisuje się mu także inne wartości np. religijne.
Najwcześniej znanym i spisanym w dziejach wojownikiem afrykańskiego wrestlingu był Boukar Djilak Faye żyjący w XIV w. Obecnie afrykańskie zapasy są coraz bardziej popularne i wielu chłopców marzy o karierze zapaśnika, a najsławniejszym zawodnikom oferuje się też spore sumy pieniędzy za walki, co dodatkowo kusi młodzież.
Zawodnicy bardzo często posługują się pseudonimami, w których można doszukać się inspiracji Ameryką i wielkim światem, i tak odnajdziemy takie określenia m.in. jak Tyson czy Bombardier.
Kolejnym elementem festiwalu był magiczny taniec Kumpo lub Kupa przedstawiany przez członków plemiona Jola. Jest to bardzo charakterystyczny występ z wielkim chochołem, który stanowi element przewodni.
Ten tradycyjny taniec przedstawiany jest głównie w regionie Berending w Gambii oraz Dombondier oraz Foni w Senegalu. Tak się złożyło, że wioska Berending leży niedaleko Kartong i mamy niebywałą okazję zobaczyć to unikalne przedstawienie.
Pierwszy plan w tańcu stanowi mężczyzna przebrany od stóp do głów w wąsko pocięte liście palmowe, które mogą być również barwione na różne kolory. Czubek głowy zwieńczony jest długim kijem, który stanowi podparcie w trakcie wykonywania tanecznych ewolucji.
W kulturze Jola taniec Kumpo stanowi ważny rytuał, wierzy się, że występ chochoła odgania od wioski złe moce. Jest on również odprawiany przed obrzędem obrzezania chłopców, które praktykuje się jeszcze w tej grupie etnicznej. Stąd też powód tego, że dzieci panicznie boją się słomianego stwora i nawet podczas występu maluchy chowały się za moimi plecami lub krzyczały kiedy kupa liści zbliżała się w ich kierunku.
Każde afrykańskie plemię ma swój taniec, który różni się od innych ruchami bioder, stawianiem stóp czy układem rąk. Temu wszystkiemu zawsze towarzyszy muzyka i głównie są to bębny. Plemiona nie spisują swoich historii i wierzeń na papierze, one przekazują je werbalnie, za pomocą tańca, pieśni lub opowiadają wieczorami przy ognisku. Stąd tak wiele uwagi przykłada się do każdego przedstawienia i występu.
Występ ludu Mandinka ma symbolizować płodność i urodzaj oraz odwieczną różnicę temperamentów kobiety i mężczyzny. Tancerz ucharakteryzowany na koguta jest tutaj bardzo energiczny i szybki, jego długie pasy podkreślają męskość, a czerwony pióropusz waleczność i odwagę.
Do mężczyzny dołącza kobieta, której ruchy są bardziej finezyjne i dokładne, jej strój podkreśla biust i biodra, również symbole płodności.
Jest to jeden z nielicznych tańców, w których występują przedstawiciele obojga płci. Zazwyczaj, to mężczyźni siedzą i grają na bębnach podczas gdy kobiety tańczą. Występy kobiet plemienia Mandinka są znane z charakterystycznych i bogatych elementów tańca wykorzystujących pracę nóg, ramion i bioder.
W kolejnej części wieczoru krótka sztuka, w której zobaczyliśmy zwycięstwo małego, zwykłego człowieka nad królem, którego symbolizował człowiek na szczudłach z przyozdobioną głową. Na końcu upada on na ziemię powalony przez drugiego z występujących mężczyzn. Miało to symbolizować upadek kolonializmu i koniec niewolnictwa, które bardzo silnie kojarzone jest z białym człowiekiem i koroną królewską.
Późno w nocy wracamy do naszego przytulnego domku w Nemasu i śpimy bez nastawiania budzika, mamy przecież kolejny wolny od przemieszczania się dzień w Gunjur.
Po zmroku Bax zaprasza nas do swojej kuchni i oferuje wymianę doświadczeń. Umawiamy się, że jeśli my nauczymy go przyrządzić coś polskiego, to on pokaże nam jak przygotować Benechin i zaczyna się nasza kulinarna przygoda.
Do kolacji zaparzyliśmy dla Moniki herbatę z rumiankiem, a i Bax chciał spróbować tego specyfiku. Niestety w Afryce nie mają tego kwiatka, ale część wysuszonych nasion Bakary zabrał do swojego ogródka na testy.
Nasz ostatni dzień w Gambii, to dzisiaj wieczorem wylatujemy. Od rana przynieśliśmy wszystko do pokoju i próbujemy upchnąć to w dwa plecaki. Najtrudniej jest z bębnem, który ostatecznie mieści się w torbie owinięty śpiworem.
Po spakowaniu pozostałe rzeczy rozdajemy w pobliskiej wiosce i udajemy się na śniadanie do Baxa i jego siostry, na które dostaliśmy zaproszenie poprzedniego wieczoru.
Ruszamy do Banjulu, od którego dzieli nas już tylko 50km, chcemy jeszcze na chwilę wpaść na miejską plażę, do sklepu i potem zjeść ostatni obiad.
Gambia i Senegal - kraje, do których wracać można całe życie i na nowo odkrywać smaki, kulturę i ludzi tego regionu. Dla nas nie jest to koniec wypraw w tamtą część świata. Już snujemy plany przyjechania tam autem z napędem 4x4, które jeszcze bardziej pozwoli nam spenetrować nieodwiedzane zakątki obu tych krajów.
Zostawiamy po sobie wiele wspomnień, ale też i kontaktów, które podtrzymujemy do dzisiaj, znak, że mamy tam do kogo wracać...